Płyta Dody się nie sprzedaje!

Post z Gru 2 2016 - 5:00pm napisany przez Redaktor

doda

Szumnie zapowiadany w mediach „wielki powrót zespołu Virgin” miał być ostatnią szansą Dody i zespołu na udowodnienie, że nadal ma wiernych fanów. Debiut płyty „Choni” na 24. pozycji Oficjalnej Listy Sprzedaży OLIS to jednak kiepski sukces w porównaniu z jej wynikami sprzedaży sprzed lat.

Przypomnijmy : płyta zespołu Virgin ” Bimbo” dotarła do pierwszego miejsca listy sprzedaży w 2004 roku, półtora roku później album „Ficca” królował na szczycie sprzedaży przez pięć tygodni.

Najnowsze dzieło „królowej”, wydane 10. listopada , po tygodniu od premiery wypadło z listy sprzedaży płyt i plików z legalnych serwisów cyfrowych w Polsce.

Oznacza to, że płytę kupiło 2-3 tysiące osób.

– To nie są dobre informacje dla żadnego artysty. Jeżeli płyta tak szybko znika listy OLIS, to znaczy, że zainteresowanie tym albumem było bardzo małe – mówi poproszona przez nas o komentarz osoba z branży muzycznej.

Trzeba pamiętać, że obecnie w Polsce status złotej płyty osiąga się za sprzedaż piętnastu tysięcy egzemplarzy. Wygląda na to, że Dorota z zespołem Virgin i jej nie ma na to żadnych szans.

Nikogo nie interesuje już, to co ma do powiedzenia i zaproponowania muzycznie upadła celebrytka.

Skończyła jak Wiśniewski ?

doda1

doda1-tvp

ddoa-plyta

Bieżące notowanie sprzedaży pyt w Polsce Olis – niestety nie znalazła się już na liście

1 Komentarz so far. Feel free to join this conversation.

  1. DR 3 grudnia 2016 w 09:09 - Reply

    Na co komu ta płyta?

    „Choni” to pierwszy studyjny album Virgin od jedenastu lat. Jeżeli ten zespół ma w ogóle jeszcze jakiś fanów, to musimy napisać, że koncertowo ich tym krążkiem wyrolował.

    Normalnie nie pochylilibyśmy się nad tą płytą ani na chwilę. Niestety, jej wydanie trzeba uznać za wydarzenie chociażby ze względu na zbudowaną przez media i wytwórnię makietę wielkiego powrotu jeszcze do niedawna skłóconego duetu Doda-Lubert oraz medialny cyrk, jaki wywołała.

    W sumie to bardziej niż samych siebie żałujemy tych nielicznych, którzy na „Choni” czekali z utęsknieniem i nadziejami. Wystarczy powiedzieć, że spośród trzynastu utworów (łącznie z bonus trackami), jakie znalazły się na „Choni”, tylko sześć jest premierowych i żaden nie jest dobry. Trudno oczywiście mówić w tym przypadku o rozczarowaniu, bo chyba nikt nie spodziewał się, że Virgin nagle zacznie grać jak Van Halen. Słychać jednak, że Lubert ewidentnie wyprztykał się z chwytliwych melodii przez lata pracując przy innych projektach (m.in. Video i Volver) i w reaktywowanym Virgin zaczął już strzelać ślepakami. Najwyraźniej jedenaście lat rozłąki z Dodą mocno go też zmęczyło, ponieważ nowe kawałki brzmią jak zrobione na kiblu, w pośpiechu i z przymusu. No i jest ich żenująco mało. W dodatku właściwie niczym nie różnią się od tych, którymi grupa zaczynała swoją karierę. Są tak samo niemodne i plastikowe jak kiedyś. Niestety, ciężko wyróżnić i obronić choćby jeden. Ich słabości nie przykryje nawet dobry PR.

    W warstwie lirycznej (o ile w przypadku tekstów Dody w ogóle można o takiej mówić) nie dzieje się zbyt wiele. Znów rozstania, powroty, bycie sobą, podnoszenie, wstawanie, nauka na błędach, rozliczenia z kolejnymi ex i pozowanie na niegrzeczną dziewczynkę. Dobrze znana już grafomania częstochowskie rymy i metafory godne pamiętniczka zbuntowanej nastolatki. Być może dekadę temu taką twórczość można było bronić młodym wiekiem i naiwnością. Teraz już na pewno wiadomo, że Doda nie ma nic do powiedzenia.

    A co z pozostałymi siedmioma utworami? Zespół zakpił sobie z potencjalnych odbiorców płyty i zapchał ją swoimi przebojami sprzed lat oraz dwiema wersjami tej samej, też już osłuchanej, piosenki. „Hard Heart” (czyli po polsku „Niebezpieczna kobieta”, która towarzyszy zdecydowanie najsłabszej części „Pitbulla”, czyli „Niebezpiecznym kobietom”) ponoć zachwyciła samego Slasha z Guns’n’Roses. Wydaje nam się jednak, że wymioty i kilkudniowa biegunka wcale nie są oznaką zachwytu. Oprócz niej Virgin po jedenastu latach niebytu postanowił odświeżyć słuchaczom kolejno „Dżagę”, „2 Bajki”, „Znak pokoju”, „Mam tylko Ciebie” oraz „Szansę” i bezczelnie poprosił swoich fanów o czterdzieści złotych za egzemplarz. Brawo.

    Czy wobec tego „Choni” należy traktować jak pełnoprawną płytę studyjną? Na pewno nie. To raczej niskich lotów EP-ka, do której dorzucono niewiele lepsze hity, oraz perfidny ruch marketingowy, który ma zapewnić jego autorom utrzymanie się na fali popularności. Jest jak wpis na Pudelku albo ustawka z paparazzi. Nie niesie ze sobą absolutnie nic ciekawego, ale ludzie będą mówić. Odpowiadając więc na pytanie postawione w tytule, ta płyta jest potrzebna jedynie Dodzie i Lubertowi. Słuchacze wkrótce zrobią z niej podstawkę pod piwo.

Napisz komentarz